sobota, 28 lutego 2015

Kiedy jest za późno? r.1

Jeden malutki, słaby promyczek przedarł się przez ścianę ciemnych zasłon. Przeleciał leniwie przez pokój, oświetlając maleńkie drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. W całym pokoju panował mrok, a on jak malutki rebeliant przemieszczał się powolutku w kierunku wystającej spod kołdry twarzy.
Dziewczyna przewróciła się na drugi bok. Nie chciała jeszcze wstawać. Po co? Nie czuła się na siłach choćby otworzyć oczy. Powieki ciążyły jej, poduszka nadal była ciepła, a kołdra miękka, pozwalając na powrót zapaść w sen...
-Wstawaj-usłyszała komendę już na granicy marzeń, w połowie zatopiona już w następnym śnie tej nocy... tego dnia? Spróbowała zignorować kobietę. W końcu to ona powinna decydować o swoim życiu.
-Wstawaj. Nic nie zmienisz zamykaniem się pod kołdrą.
Dziewczyna wtuliła twarz w poduszkę. Nic nie słyszała. Przecież tu nikogo nie ma, to jej pokój.
-Nie udawaj. Jesteś aż tak głupiutka?
Otworzyła oczy. Ona wie wszystko. Jak zawsze. Westchnęła cicho i wsparła się na łokciu. Powoli przesuwała wzrokiem po ciemnym pokoju. Zasłonka lekko się ruszała- widocznie wieczorem zapomniała zamknąć okno. Westchnęła jeszcze raz i spojrzała na kalendarz. Hm, niedziela. Chociaż tyle, ale od jutra koszmar się podwoi... Złośliwość zawsze wzrastała w ciągu tygodnia.
-No już. Musisz przygotować się na kolejny cudowny dzień.-usłyszała znowu i na powrót zamknęła oczy. Może zniknie. Może już nigdy się nie pojawi.
Dziewczyna wstała z łóżka i podeszła do okna. Złapała za krawędź zasłony i rozmyśliła się. Tak jest może lepiej? Gdy nic nie widać... Poza małym promyczkiem. Ruszyła w kierunku szafy, wyjęła pierwsze z brzegu spodnie i bluzkę. Wzięła jeszcze ciemnobrązowy sweter z krzesła i poszła do łazienki.
Po pierwsze sięgnęła po szczoteczkę i zaczęła energicznie szorować zęby, wpatrując się przy tym w swoje odbicie. Z lustra patrzyła na nią smutnymi, niewielkimi oczami jakaś nastolatka. Jej ciemnoblond włosy średnio się układały, a najdłuższe, sięgające zaledwie ramion pasma odznaczały się spranym, niebieskawym kolorem, pamiątką po starej modzie. W uszach, za które założyła włosy, było po kilka par kolczyków- po dwie dziurki w płatkach i jedna trochę wyżej. Nikt nie zabronił, prawda? Małe, czarne i złote kuleczki błyszczały spokojnie, nadając pewnego uroku właścicielce. Mały nos i małe usta kontrastowały z dobrze widocznymi, ciemnymi jak na blondynkę brwiami. W stosunku do jej jasnej cery wyglądały według dziewczyny wręcz dziwnie. Pokręciła głową, wypluła pastę i umyła twarz. Trzeba coś z sobą zrobić. Spojrzała na siebie jeszcze raz i spróbowała się na próbę uśmiechnąć. Zasadniczo nie wygląda to źle. Właściwie to całkiem dobrze. Chwyciła tusz do rzęs i dodała sobie nieco urody. Od razu lepiej. Włosy spięła w kucyk. Nie ma powodu za mocno się starać, i tak nikt na nią nie spojrzy. Prawda?
-Co tak długo?-zganiła ją kobieta. Dziewczyna spuściła głowę i wyszła z łazienki, po drodze ubierając sweter. Czuła, że nie idzie sama. Zeszła po schodach prosto do kuchni i nalała sobie soku. Nie nalewała dla kobiety. Nie było potrzeby. Oparła się o blat, pijąc chłodny napój.Po chwili szklanka stała się pusta, a nastolatka sięgnęła po karton.
-Co ty robisz?! I tak już za dużo- krzyknęła jej do ucha kobieta. Automatycznie cofnęła rękę. Ma rację. Odstawiła szklankę do zlewu i wyszła z kuchni. Skierowała się w kierunku drzwi. Już zapinała buty, gdy spostrzegła w przedsionkowym lustrze znajomą sylwetkę.
-Po co?-spytała drwiąco kobieta.
-Na spacer-odpowiedziała niepewnie i przemknęła ślinę. A właściwie po co? Poczuła, jak na ramieniu zaciskają się jej palce. Spojrzała w zwierciadło i ujrzała siebie- niską, głupiutką dziewczynkę. Właściwie po co?...
-Zostańmy w domu... I tak nie masz po co wychodzić-powiedziała lodowatym tonem kobieta. Każdy palec z osobna wydawał się być lodowym ostrzem.-Ja o ciebie dbam-dodała jak codziennie. Nigdy nie mogła się zdecydować, czy powinna jej wierzyć.
Przez chwilę dziewczyna stała w przedsionku, patrząc na swoje nie do końca zasznurowane buty. Na dworze jest pewnie ciepło. Potem zdjęła je jednym ruchem i z furią wróciła do siebie.
To nie ma sensu.

czwartek, 9 października 2014

2- I

-Hej.-powiedziała dziewczyna, wychylając się nieśmiało przez okno, rękami mocno trzymając się jego futryny. Chłopak tylko przecząco ruszył głową, wpatrzony w ziemię daleko, daleko pod nim.
-I tak to zrobię. Żadna głupia służba nie musi wysyłać swoich głupich psychologów. Nie martw się, gdy będę na dole, wystarczy mop i będzie po wszystkim- przełknął ślinę, nie mogąc odwrócić wzroku od ulicy. Ludzie zdawali się nie być świadomi, że tuż nad ich głowami- konkretnie siedem pięter nad nimi- człowiek chciał pogodzić się z odwieczną towarzyszką rodzaju ludzkiego- śmiercią. Może to przez wieczór, kryjący w swoich cieniach ludzi, zawiniętych w szaliki i płaszcze, może to ludzie byli zbyt zajęci swoim istnieniem, by przejąć się czyimś. Ważne, że obok ściany tuż przy szczycie budynku, wsparty jedynie na rynience stał chłopiec, a tuż pod nim z okna wychylała się dziewczyna.
-Nie martw się. Nie jestem psychologiem. Może jak opowiesz mi, dlaczego chcesz to zrobić, skoczę razem z Tobą- powiedziała. Zdziwił się, wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Dziwna propozycja... Ale ja chcę. Chcę. Nie, nie chcę. Chcę. Muszę. Delikatny krok w prawo... Już blisko. Przełknął ślinę. Jeszcze jeden... Nie mogę. Odetchnął z ulgą, której właściwie nie spodziewał się ujrzeć w tej chwili i niezgrabnie przesunął się w kierunku okna. Dziewczyna zrobiła mu miejsce i już po chwili stali w nim obok siebie, w wieczornym, późnopaździernikowym mrozie.
-Więc?-zapytała, czując, że drżą jej ręce. Nie śmiała jednak iść teraz po sweter. Czasem warto zmarznąć...
-Nie liczę się. Nie mam sił. To takie zwykłe, gdy się o tym mówi... Ale takie straszne doświadczenie.
Przytaknęła tylko i wlepiła wzrok gdzieś w przestrzeń. Oczywiście, że straszne... Najgorszy jest ten brak akceptacji, gdy już nie masz nadziei na odwrócenie sytuacji.
"Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono"*, prawda? Ale mogę przypuścić, że każdy by się załamał.
Minęło minuta, godzina, sekunda, kwadrans....Chłopak westchnął i zaczął się kręcić, pewnie trochę dziwnie czując się wśród długiej ciszy, która nastała. Może też trochę zawstydzony swoją próbą?
-Chodź, wypijesz ze mną herbatę. Porozmawiamy o czymś innym- powiedziała dziewczyna, uśmiechając się do chłopca.-Mam na imię Anna.
-Tomek-odpowiedział równie miłym uśmiechem Tomasz, po czym poszedł za Anną do małej kuchenki. Mógł wrócić do domu, ale po co? A w głębi serca zaczął dziękować troszkę losowi, że wybrał sobie ten, a nie inny blok...
I tak to, co miało być początkiem końca- jeden krok, dający upust życiu, zakończony lotem aż po betonowo-asfaltowe bramy Nieba, stało się końcem początku- początku czegoś nieznanego, lecz pewniejszego niż świat za tym murem...

*"Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej" Wisława Szymborska

sobota, 30 sierpnia 2014

VII

Ze wspomnień wyłowił mnie nagły trzask drzwi wejściowych. Czyżby dzieci tak szybko wróciły?
-Cześć Dorotko-zza ściany wyjrzał mój mąż. Uśmiechał się do mnie miło, tak najpiękniej na świecie- jak to w dobrym małżeństwie, z kłótniami od czasu do czasu, lecz częściej ze zgodą. Podszedł do mnie i cmoknął mnie w czoło, po czym wszedł kuchni i nastawił wodę na herbatę. Wyjął dwa kubki- jak zawsze-włożył po torebce herbaty owocowej do kubka. Podeszłam do niego i objęłam, kładąc głowę na piersi.
-Dzięki, że mnie wtedy nie posłuchałeś, Mikołaju.
-Kiedy?-zdziwił się, a ja tylko się zaśmiałam.
-Nieważne. W każdym razie jest całkiem miło, co?
-Tak. W pracy mamy teraz jakby luźniej, choć nadal pracujemy na pełnych obrotach. Zawsze lepsze to niż w ogóle bycie bezrobotnym, tego bym nie zniósł-stwierdził. Przytaknęłam i przytuliłam się jeszcze mocniej, jeśli to w ogóle było możliwe. Staliśmy tak chwilę w ciszy szumu czajnika, aż nie obwieścił wesołym gwizdem, że woda już zawrzała. Wtedy wysupłaliśmy się z siebie nawzajem i zajęliśmy swoje miejsca: ja opierając się o blat kuchenny, on nalewając herbatę.
Byłam szczęśliwą kobietą. Miałam męża, tego mężczyznę, o którym pierwszy raz śniłam; miałam dzieci, najpiękniejsze na świecie (jak do dla każdej matki jej własne) i kochane. Szkoda tylko, ze nie zdążyły poznać babci.
Ale było dobrze i przyszłość też będzie taka, bo z moimi kochanymi osobami. Wszyscy odchodzą, one też odejdą, jednak taki jest porządek- dlaczego miałabym się smucić?
A teraz stałam, opierając się o kuchenny blat i patrząc jak z namaszczeniem Mikołaj zalewał herbatę w naszych kubkach z Grecji- wielkiej, pięknej podróży poślubnej. Cieszyłam się tą chwilą i to samo miałam zamiar robić z każdą następną. Czemu miałabym sobie tego odmawiać?