sobota, 30 sierpnia 2014

VII

Ze wspomnień wyłowił mnie nagły trzask drzwi wejściowych. Czyżby dzieci tak szybko wróciły?
-Cześć Dorotko-zza ściany wyjrzał mój mąż. Uśmiechał się do mnie miło, tak najpiękniej na świecie- jak to w dobrym małżeństwie, z kłótniami od czasu do czasu, lecz częściej ze zgodą. Podszedł do mnie i cmoknął mnie w czoło, po czym wszedł kuchni i nastawił wodę na herbatę. Wyjął dwa kubki- jak zawsze-włożył po torebce herbaty owocowej do kubka. Podeszłam do niego i objęłam, kładąc głowę na piersi.
-Dzięki, że mnie wtedy nie posłuchałeś, Mikołaju.
-Kiedy?-zdziwił się, a ja tylko się zaśmiałam.
-Nieważne. W każdym razie jest całkiem miło, co?
-Tak. W pracy mamy teraz jakby luźniej, choć nadal pracujemy na pełnych obrotach. Zawsze lepsze to niż w ogóle bycie bezrobotnym, tego bym nie zniósł-stwierdził. Przytaknęłam i przytuliłam się jeszcze mocniej, jeśli to w ogóle było możliwe. Staliśmy tak chwilę w ciszy szumu czajnika, aż nie obwieścił wesołym gwizdem, że woda już zawrzała. Wtedy wysupłaliśmy się z siebie nawzajem i zajęliśmy swoje miejsca: ja opierając się o blat kuchenny, on nalewając herbatę.
Byłam szczęśliwą kobietą. Miałam męża, tego mężczyznę, o którym pierwszy raz śniłam; miałam dzieci, najpiękniejsze na świecie (jak do dla każdej matki jej własne) i kochane. Szkoda tylko, ze nie zdążyły poznać babci.
Ale było dobrze i przyszłość też będzie taka, bo z moimi kochanymi osobami. Wszyscy odchodzą, one też odejdą, jednak taki jest porządek- dlaczego miałabym się smucić?
A teraz stałam, opierając się o kuchenny blat i patrząc jak z namaszczeniem Mikołaj zalewał herbatę w naszych kubkach z Grecji- wielkiej, pięknej podróży poślubnej. Cieszyłam się tą chwilą i to samo miałam zamiar robić z każdą następną. Czemu miałabym sobie tego odmawiać?

VI

Siedzieliśmy na ławce- ja i on. Wieczorne, letnie słońce grzało nas swymi ostatnimi promieniami, a my patrzyliśmy na siebie. W pewnej chwili wzięłam go za rękę, on popatrzył mi głęboko w oczy, a potem...
Natrętny dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu. Gwałtownie usiadłam, wzięłam do ręki zegarek i wyłączyłam natarczywy odgłos. Odetchnęłam głęboko. Przez chwilę myślałam, że to tata dzwoni z jakąś wiadomością ze szpitala czy skądkolwiek... Wstałam, przeciągnęłam się, po czym odsłoniłam okno. Wrześniowe słońce świeciło mi prosto w oczy, zmuszając mnie do zmrużenia ich.
Od czerwca minęły już 3 miesiące. W tym czasie zdążyłam 9 razy spotkać się z Mikołajem na dłużej lub krócej, znaleźć sobie krótką, sezonową robotę przy truskawkach, która trwała niespełna 2 i pół tygodnia, ale jakieś korzyści przyniosła... Wróć. Mikołaj. Sen. Boże, czemu? To mój przyjaciel, nie wydurniaj się ze mnie mózgu. Pokręciłam głową zdegustowana własną głową i ruszyłam do kuchni zrobić sobie coś smacznego na śniadanie. Położyłam telefon na blacie- co prawda od pamiętnego wieczoru nie dostałam jeszcze żadnej strasznej wiadomości o stanie zdrowia mojej mamy, ale wolałam być przygotowana na ewentualne telefony. Gdy widziałam ją wczoraj czuła się dobrze, ale to tak szybko się zmienia... Guzy narastają, tak szybko narastają.
Ukroiłam kromkę chleba, posmarowałam miodem i zjadłam nad deską do krojenia- jeden talerz mniej do mycia. Szybko ubrałam się, pomalowałam rzęsy i nim zdążyłam zastanowić się, czy nie potrzebowałabym aby jakiegoś jeszcze kosmetyku wyszłam z domu. Skierowałam swoje kroki w stronę przystanku. W nocy musiało padać, bo gdzieniegdzie były jeszcze mniejsze i większe kałuże, a powietrze pachniało w ten charakterystyczny deszczowo-poranny sposób. Ciekawe, jak to jest być tym powietrzem? Zależnie od tego, gdzie jesteś, którą cząsteczką zostałeś, masz inny zapach. Czasem milszy, czasem mniej... Czy cząsteczka wisząca nad krowim plackiem zazdrości takiej jak ta, którą właśnie wdychałam? Możliwe.
Umówiliśmy się przy "naszym" sklepie. Dziś dziesiąty raz i podobno Mikołaj ma jakiś plan. Nie wiem, poddam się losowi. Jak prosił, zostawiłam sobie wolne aż do drugiej, potem pójdę do rodziców, do mamy, zawiozę coś smacznego... Może ciastka? Na razie te kilka godzin miałam zarezerwowane dla planów mojego przyjaciela. Stałam więc przed sklepem, rozmyślając i niemal nie zauważając jego przyjścia.
-Jak to niemal mnie nie zauważyłaś? Czy jestem aż taki niski?-żartował, niby się złoszcząc. Co jak co, ale szczególnie wysoki nie był, to fakt, jednak spokojnie dało się zobaczyć jego 175 centymetrów żywego ciała. Zaśmiałam się i przekornie przytaknęłam.
-Trzeba było pić więcej mleka-stwierdziłam, na co teatralnie pokręcił głową.
-Miej szczęście, Dorotko, że cię tak lubię i że mam już dokładne plany na dziś, bo bez wyrzutów sumienia bym cię tu zostawił-oświadczył z pełną powagą.
-No to mam szczęście. Chodźmy-powiedziałam i zaczęłam iść w stronę przystanku. Nagle przystanęłam.-Właściwie dokąd chodźmy?
Mikołaj znów pokręcił głową, westchnął, po czym wziął mnie za rękę. Z jednej strony miałam ochotę mu ją jak najszybciej zabrać, a z drugiej...
-Zaprowadzę- przytaknęłam szybko i dałam się poprowadzić, nie zważając na żadne krzyki zdrowego rozsądku.
~~~
-Znowu plaża?-powiedziałam z udawanym przekąsem.-Wymyśl coś nowego.
-Plaża jest fajna i dobrze mi się kojarzy-przystanął i popatrzył n mnie.-Jak myślisz, z czym?
Potrząsnęłam głową. Skąd niby miałam wiedzieć? By dobrze poznać człowieka potrzeba lat, nie kilkunastu tygodni.
-Z tym, że kiedyś, dawno dawno temu, w magicznej krainie całej pozastawianej makaronami, kaszami i ryżami młody, niezdarny bajkopisarz wpadł swym blaszanym rydwanem w zamyśloną, delikatną postać ślicznej dziewczyny... już kilka godzin później razem podróżowali przez piaszczyste połacie, jedząc rybę z frytkami, a potem...
A potem rozdzwonił się telefon. To zły znak. Nerwowo strząsnęłam torebkę z ramienia, przez co niemal spadła. Zaczęłam szukać telefonu. Kiedy zobaczyłam na ekranie ten numer, znak nie był zwyczajnie zły, lecz przerażająco trwożny.
-Halo?-powiedziałam cienkim głosem.
-Musisz przyjechać. Tu źle, tak... mocno źle. Tu w szpitalu-usłyszałam głos mojego taty. Nie krył nawet przybicia, bo po co? Zbladłam i głośno wypuściłam z siebie powietrze, niby z balonika. W pewnym sensie czułam się nieco oklapła.
-Okej-powiedziałam w końcu i się rozłączyłam.-Muszę iść-rzuciłam do Mikołaja, już zawracając i w biegu wkładając telefon do torebki.
-Jak to? Nie nie, dziś miałaś być moja do drugiej! Nie odbiera się tajemniczo połączeń i bez żadnego powodu nie ucieka! O co chodzi?-mówił głośno i szybko. Niech sam się domyśli. Ja nie mam czasu.
-Ej! Czekaj! Powiedzże coś! Kobieto!
Idź sobie, który autobus dojeżdża do szpitala? Chyba 253.
-Dorota!
Boże, a jak nie?
-Dorota! Dokąd tak biegniesz?-mówienie (krzyczenie?) i bieganie to zła spółka. Słyszałam dyszenie Mikołaja za swoimi plecami.
Już nieważne, nadjeżdża. Matko boska, to znaczy naprawdę mieć szczęście, dokładnie to. Przyspieszyłam trochę.
-DOROTA!
Metr od przystanku odwróciłam się do chłopaka. Oparł się o śmietnik i głęboko oddychał. Patrzył się na mnie z pytaniem w oczach. Spuściłam wzrok. Trochę było mi przykro, że zostawię go tu tak, ale teraz nie miałam czasu. Szkoda, że wcześniej nie powiedziałam mu nic o mamie.
-Muszę. Miłego dnia-autobus był już bliziutko, zaraz się zatrzyma.
-To nie fair. Miałem wszystko zaplanowane, nie powinnaś tak robić. Przecież jesteśmy dla siebie ważni, nie możesz tego zrobić później?-wypominał mi z irytacją w głosie. Autobus przyjechał, a z jego środka wysypał się tłum ludzi. Nim jeszcze zdążył mnie połknąć, zdążyłam odkrzyknąć:
-Jeśli ci to nie odpowiada, to spieprzaj z mojego życia. Mi to wszystko jedno-a zaraz potem zanurkowałam w stronę drzwi, czując ciężar na sercu. Nie chciałam tego powiedzieć. Nie chciałam go tak zostawiać. Ale musiałam i kropka. Będzie mi bez niego lepiej.
Stanęłam mniej więcej w 3/4 autobusu i złapałam się drążka. Gdy machina ruszyła, spojrzałam przez tylną szybę. Mikołaj nadal stał przy tym samym śmietniku i choć nie mogłam dokładnie dojrzeć jego twarzy mogłam się założyć, że nie była szczególnie wesoła. Jak zresztą i moja.
Ale to jest nieważne. Muszę. Muszę. Muszę.
Muszę dojechać do szpitala.
Muszę zobaczyć się z mamą.
Muszę mieć nadzieję, że to nie ostatni raz.

środa, 27 sierpnia 2014

V

Odprowadzić do domu się jednak nie dałam. Niech choć dzięki temu będzie trochę prawdziwiej. Kto wie, czy nie sprowadziłabym do siebie złodzieja, wandala, kogokolwiek innego? Zresztą zbyt mocno kojarzyło mi się to z chłopakami zostawiającymi dziewczyny po jednej nocy. Nie, niech będzie trochę prawdziwiej.
Przekręciłam klucz w zamku i weszłam do mojej oazy spokoju. To było tylko moje. Tu mogłam odpoczywać, chodzić cały dzień w piżamie, przypalać jedzenie i spokojnie spać. Małe, ale własne-to się dla mnie liczyło. Weszłam do kuchni i rozpakowałam zakupy. Zegar na lodówce wskazywał 21:36.
Nagle rozdzwonił się mój telefon. Gdzie ja go schowałam? Powinien leżeć na blacie. Hm, nie ma. Może na szafce w przedpokoju. Brak. A tak, nadal tkwi w torebce. Pobiegłam do sypialni i wygrzebałam go z mojej czarnej dziury. Na ekranie wyświetlał się numer komórkowy moich rodziców. Dziwne, zwykle dzwonią w okolicach wczesnego wieczoru...
-Halo?
-Usiądź córeczko-usłyszałam głos swojego ojca. Słychać było, że jest zdenerwowany, choć starał się przybrać łagodny ton głosu. Posłusznie usiadłam.
-Słucham?- nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Głos mi się łamał. Spróbowałam wsłuchać się w odgłosy z otoczenia taty. Jakieś rozmowy? Zgrzyty kółek? Boże, nie wiem.-Słucham, co się stało?
-Okazało się, że był nawrót-powiedział. Nawrót? Czego? Nagle mnie olśniło.
-Koniec remisji. A już tak długo było dobrze...-powiedziałam cicho, a w oczach zebrały mi się łzy.
-Tak... Lekarze też są zdziwieni. Minęło już niemal 10 lat, a tu nagle...-usłyszałam przeciągłe westchnięcie- W płucach znów zebrał się płyn, ale już go odciągnęli. Teraz jest na badaniu, okaże się, co dalej...
-Moment, który to szpital?
-Teraz już onkologia. Wiesz, która, prawda?
-Wiem. Zaraz złapię taksówkę. Czekaj na mnie tato
Nacisnęłam czerwoną słuchawkę i zerwałam się do wyjścia, biorąc w biegu torbę. Powinnam mieć tam wystarczająco dużo, by zapłacić za dojazd.
Było tak pięknie... Było...

niedziela, 24 sierpnia 2014

IV

Delikatne fale ciemnoniebieskiego Bałtyku wsuwały się na plażę, bijąc o wystający trochę nad poziom plaży zamek. Forteca składała się z wysokiego wału, równie głębokiej fosy i wielkich murów mocnej budowli, jednocześnie tak kruchej przez wykorzystany materiał. Lekkie, białe chmurki okrywały zaledwie kilka małych skrawków bezmiaru nieba, które powalało błękitem. Znad morza powiewał słaby, dosyć ciepły wietrzyk, zaś na plaży bawiło się niemało osób, ale nie było tłumu.Taki dzień jak ten marzył się każdemu plażowiczowi.
Wbiegłam ze śmiechem w wodę, unosząc ręce wysoko ku słońcu. Obmyła mnie aż za kolana i chłodziła przyjemnie nogi. Zrobiłam kilka kroków w miejscu, po czym wróciłam na brzeg.
-Ciepła?-zapytał Mikołaj, wyraźnie się ze mnie podśmiewując.
-Ciepła-potwierdziłam niewzruszona. Lubię wodę, lubię tak wbiegać. Dzięki temu robię się od razu szczęśliwsza. To prawda, że to dziecinna reakcja, ale zwyczajnie to lubię i kropka. Mimo swoich rozmyśleń poczułam, że się rumienię, zawstydzam. Skrzyżowałam ręce na piersiach.
-Chodźmy coś zjeść-powiedziałam i nie czekając na odpowiedź poszłam w kierunku małej nadmorskiej knajpki. Stanęłam w krótkiej kolejce i spojrzałam na proste, typowe menu. Hot dog, hamburger, sola z frytkami...
-Co podać?-spytał się mnie zmęczony kobiecy głos zza lady.
-Dwa razy solę poproszę-odpowiedziałam szybko. Kobieta przytaknęła, westchnęła i poszła  zrealizować zamówienie. Już po chwili miałam w rękach dwa parujące talerze pełne ryby tonącej w panierce tudzież frytek pływających radośnie w tłuszczu. Mniam. Skierowałam się w kierunku kilku chybotliwych stolików należących do baru, gdzie, jak szybko zauważyłam, siedział mój towarzysz. Postawiłam mu przed nosem talerz, sama też zabrałam się do jedzenia. Po głowie cały czas chodziła mi jedna myśl, nie dając spokojnie przegryźć posiłku.
-To chyba nie jest normalne, prawda? Nie znam cię, a Ty nie znasz mnie, jednak jesteśmy tu razem. To mało prawdziwe-wyrzuciłam w końcu. Chłopak spojrzał się na mnie i wsparł głowę o rękę, wtapiając wzrok w widelec. Chwilę się mu przyglądał, po czym przerwał ciszę.
-Prawda. Ciekawe. Ale chyba nie mam nic przeciwko. Może poczuliśmy, że będziemy dobrze się rozumieć?-podchwycił temat. Spojrzałam na solę, rozdziabaną już mocno moim widelcem. Gdzieś nad nami zaskrzeczała mewa. Podświadomie skierowałam ku niej wzrok. Była piękna, biała, lekka jak to ptaki. Miło byłoby latać jak ptak, gdzie tylko by małe, ptasie oczka poniosły Przypomniałam sobie, że muszę coś odpowiedzieć.
-Nie wiem. W każdym razie tak się raczej nie dzieje-stwierdziłam.
-Przeszkadza ci to? Zawsze możemy już nigdy się nie spotkać-powiedział z uśmiechem, choć zauważyłam pod tą wesołością, że chyba wolałby usłyszeć teraz "nie, jest dobrze". Więc powiedziałam "nie, jest dobrze", a on się uśmiechnął. Właśnie tak było dobrze.

III

Znowu to samo. Pik, pik, pikały kasy, szur, szur, szurały wózki, a ja wzięłam do ręki paczkę makaronu świderki i zastanawiałam się, czy lepszy był taki, czy ten w kształcie muszelek. Niby do zupy lepszy pierwszy, jednak drugi taki ładny... Nagle ktoś mocno szturchnął mnie w bok, straciłam równowagę i ledwo złapałam się kantu półki, chroniąc się przed upadkiem. Niestety część lżejszych rzeczy z wierzchu mojego koszyka nie miało tyle szczęścia co ja- na podłodze równo rozpłaszczyła się gazeta, na niej zaś słodko wylegiwał się ser w plasterkach. Widocznie siateczka nie przetrwała starcia.
-Przepraszam! Nie chciałem, naprawdę!-usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się i zobaczyłam mojego przystankowego "towarzysza" sprzed niemal 3 tygodni. Z jednej strony się ucieszyłam- wiele razy w ciągu tego czasu wypominałam sobie, że mogłam być milsza czy porozmawiać. Kto wie, czy nie zostałby kiedyś moim przyjacielem? Tych mi brakowało. Z drugiej strony ser w plasterkach na ulubionym czasopiśmie mówił sam za siebie.
-Uważaj lepiej-powiedziałam dosyć chłodno, zbierając moje zakupy i zastanawiając się, czy co nieco nada się jeszcze do zjedzenia. Gazeta lakierowana, łatwo przetrzeć, gorzej zrobić to z serem...
-Przepraszam, naprawdę nie chciałem. Zagapiłem się. Zapłacę za ten ser, za ten i jeszcze kupię nowy, gazetę też!-mówił szybko, wyraźnie zmieszany.
-Okej-westchnęłam głęboko. Takich propozycji się nie odrzuca. Miło też z jego strony, że to zaproponował. Jakiś gbur rzuciłby ciche "przepraszam" (albo i nie) i wziąłby nogi za pas. Strzepnęłam niewidzialny pyłek z ud i skierowałam się ku dziale z nabiałem. Wzięłam ten sam ser z chłodziarki i włożyłam do koszyka. Nim zdążyłam to zrobić, nieznajomy przyszedł z gazetą, tylko czystą, nową. Uśmiechnęłam się do niego. Zmrużył oczy, jakby chcąc sobie coś przypomnieć.
-Widzieliśmy się już chyba, prawda?
-Tak. Na przystanku, jeszcze w maju-odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-Wiedziałem, że skądś znam ten uśmiech-ucieszył się chłopak.-Mikołaj jestem-przedstawił się i wyciągnął ku mnie dłoń. Spojrzałam na nią niepewnie.
-Dorota-uścisnęłam ją i szybko opuściłam rękę. Mikołaj zaczął się śmiać.-Słucham?-ściągnęłam brwi, starając się wyglądać groźnie. Przy mojej okrągło-kwadratowej twarzy nie było to łatwe.
-To tak samo jak moja siostra. Jest niska, grubiutka i chodzi do drugiej gimnazjum. Nie martw się, nie jesteś do niej podobna-wyjaśnił, miło się uśmiechając. Chcąc czy nie chcąc momentalnie go polubiłam. Możliwe,  że przez ten komplement; bo był to komplement, prawda? -Teraz brzmi to o wiele lepiej-przytaknęłam.-Wracasz dziś tą sama linią, co wtedy?
Pokiwałam twierdząco głową. Poszliśmy w kierunku kas, a następnie przystanka, niemal nie zamykając przy tym ust w radosnej rozmowie. Słońce wreszcie ośmieliło się nam pokazać i grzało, dzięki czemu krótka spódniczka oraz bluzeczka na ramiączkach spokojnie wystarczała. Założyłam okulary przeciwsłoneczne.
-Miło, prawda? Idealnie na plażę.
-Racja-powiedziałam i popatrzyłam w przejrzyste niebo.
-A... masz jakieś plany? Na przykład na dziś po południu. Na teraz?-zapytał niepewnie. Szybko zamrugałam i uśmiechnęłam się delikatnie. Dobrze mi robi patrzenie na zakłopotanych ludzi, bo przypomina mi, że nie tylko ja taka jestem. To chyba dziwne, haha.
-Myślę, że nie mam. Nie wiem tylko, jak możemy tam dojechać.
-Ale ja chyba wiem.
-Chyba.
-To i tak lepiej, niż nic-stwierdził, a ja przyznałam mu rację i zdałam się na niego. Najwyżej znajdą nas za tydzień nieżywych w rowie. Chyba nie.

II

Sklep wypełniała po brzegi irytująca typowo supermarketowa muzyczka, przerywana skrzypieniem kółek wózków i wiecznym pik! pik! pikaniem dochodzącym z kas. Dołożyłam do koszyka bochenek chleba i ruszyłam w kierunku tegoż dźwięku. Stanęłam w kolejce, w oczekiwaniu na swoją kolej rozglądałam się spokojnie w około. Jest tak dużo do obserwowania. Po lewej starsza pani, już nieco zmęczona wiekiem wyjmowała zakupy na taśmę; dalej młody chłopak stał przy półce z kaszami, ryżami i makaronami, zastanawiając się, co wybrać.
-Ruszże się!-usłyszałam gniewne słowa i poczułam laskę stojącej za mną pani na plecach.-Kasa wolna!
Jak widać nie każdy rozumie moje obserwatorskie skłonności. Posłusznie ruszyłam się i podałam produkty kasjerce. Pik! Pik! Pik! 24,60 spokojnie wyszło z mojej kieszeni, by przemierzyć dalej świat... Ciekawe, co zobaczy na swej drodze, nim zbyt już zużyte trafi do niszczarki... Szybko otrząsnęłam się z tych rozważań, by znowu nie narazić się staruszce. Jeden siniak na dzień wystarczy. Schowałam koszyk pod ladę i wyszłam ze sklepu. Owinął mnie niczym szalem chłodny, majowy wiatr. Choć tak właściwie już tylko kilka dni dzieliło nas od czerwca, pogoda nadal nie dawała za wygraną, trzymając się najwyżej 15 stopni na plusie. Zapięłam wyżej sweter. Przystanek znajdował się po prawej stronie. Może brudna, jednak z pewnością chroniąca przed wiatrem konstrukcja stała zupełnie pusta. Wydawało się to dosyć dziwne, ponieważ dochodziła trzecia. Czyżby dzisiaj wszyscy mieli nadgodziny, a dzieci dłuższe lekcje? Usiadłam na ławce, dając odpocząć zmęczonym nogom. Dziś sporo się nabiegały, takie życie. Gdyby mogły mówić pewnie by się na mnie skarżyły.
Nagle na drugim krańcu ławki ktoś usiadł. Spojrzałam na niego i zauważyłam, że był to ten sam chłopak, który przyglądał się kaszom. Uśmiechnął się, widząc mój wzrok na sobie, a ja odpowiedziałam tym samym. Ogólnie to całkiem miłe, gdy ludzie tak robią. Jakby chcieli powiedzieć "hej, nie znam cię, ale jesteś okej". Sama starałam się zawsze dawać ten przekaz w uśmiechu. Jaki świat byłby piękny, gdyby wszyscy tak chcieli.
-Na jaki numer czekasz?-usłyszałam. Spojrzałam zdziwiona na mężczyznę i rozejrzałam się wokoło- na przystanku nadal byłam tylko ja i on, czyli pytanie musiało być skierowane do mnie. Onieśmielona zamrugałam szybko i spróbowałam się ładnie uśmiechnąć.
-Chyba na sto osiem. Ale sto pięćdziesiąt sześć też może być-powiedziałam.
-To chyba miło.
-Tak?-zrozumiałam, o co mu chodziło lub też myślałam, że zrozumiałam.
-Też na te czekam- aha, czyli jednak zrozumiałam. Nie da się ukryć, że od razu poczułam się lepiej. Pokiwałam głową, uśmiechnęłam się szczerze do nieznajomego i odwróciłam głowę w drugą stronę. Minuty mijały. Nie mogłam wygonić z głowy niekomfortowej myśli o obecności chłopca, który siedział zaledwie pół metra ode mnie, a nikt jak na złość nie przychodził na przystanek. Wreszcie z ulgą zobaczyłam w oddali nadjeżdżający autobus. Wstałam, podniosłam torby i zrobiłam dwa kroki naprzód. Maszyna stanęła drzwiami tuz przed przystankiem, wlokąc za sobą tuman kurzu i spalin. Ze środka, niby wypluwani, wychodzili ludzie: niektórzy z siatkami, inni z pracy, jeszcze inni z plecakami-uczniowie. Wsiadłam do pojazdu i skasowałam bilet. Niestety tu już nie mogłam liczyć na swobodę-pomimo ilości ludzi, która wyszła, w środku nadal był tłok. Złapałam się poręczy, wzrokiem próbując znaleźć swojego "towarzysza", jednak nie zdołałam tego zrobić. Byłam przeciętnego wzrostu dziewczyną, na co dzień korzystającą raczej z adidasów niż szpilek. Nieco zawiedziona opuściłam głowę. Jeszcze 15 minut jady i będę w domu, zjem obiad, umyję się. Tylko się cieszyć!

piątek, 22 sierpnia 2014

I

-To było dawno temu... Dla was niemal jak w epoce dinozaurów- powiedziałam z uśmiechem.
-Opowiedz!-zażądało moje starsze dziecko. Był całkiem ładnym, acz nieco zbyt chudym siedmiolatkiem z drobnym jeżykiem na głowie- pamiątką po ostatnim wybryku z golarką.
-Prosimy-dodała moja córeczka, równie chuda jak brat i choć o dwa lata młodsza, o wiele od niego poważniejsza.
-Ale to nie jest opowieść o duchach ani nie ma tam jednorożców-wspomniałam ze śmiechem, na co Martynka przytuliła mocniej swoją białą przytulankę. Nieco już brudna zabawka mimo braku rogu, którego pozbyto się dość brutalnie za sprawą Wojtka, nadal była jej ulubioną.
-Opowiedz-powtórzył chłopiec.
-Prosimy-powtórzyła dziewczynka.
Więc westchnęłam głęboko i zaczęłam opowiadać.
-To było dawno temu, jak już mówiłam. Mniej więcej 12 lat temu poznałam waszego tatę...
-12 lat temu? To czemu mam tylko 7 lat?-zaciekawił się Wojtek.
-Bo ludzie najpierw się poznają, o potem zakochują i mają dzieci. Taki jest porządek-powiedziałam, jednocześnie myślami kierując się ku wszystkim matkom, które zostały matkami po jednej sobotniej imprezie. No cóż, są odstępstwa od reguł.
-No to co? Kiedy się zakochaliście?-ciągnął dalej.
-Czy ja wiem? Niedługo potem. Było pięknie, potem był piękny ślub, a potem dwa piękne maluchy-dokończyłam, ściskając moje maleństwa.
-I to już koniec historii?
-Tak, chyba tak- nim skończyłam mówić po całym mieszkaniu rozległ się dzwonek do drzwi.
-Woooojteek! Chodź grać w piłkę!-zawołał jego kolega, Maciek.-Martyyynaaa, cho no tu, siostra chce się bawić w dom!-krzyczał jeszcze zza zamkniętych drzwi.
-No, śmiało. Lećcie. Wróćcie tylko na obiad, a ty odprowadź proszę siostrę pod same drzwi Ady, dobrze?-zwróciłam się do syna.
-Okej-rzucił mimochodem, zakładając szybko adidasy. Kilka minut później w domu zostałam tylko ja. Usiadłam na fotelu i spojrzałam przez okno. Chłopcy właśnie ustalali składy drużyn.
W pewnym sensie skłamałam, mówiąc, że to już koniec historii. To nie koniec- przed nami jeszcze tak wiele życia zostało, jeszcze wiele przed nami. Mam dopiero 34 lata. A historia była długa, człowiek nie zakochuje się ot tak. Usiadłam wygodnie i pogrążyłam się we wspomnieniach...