niedziela, 24 sierpnia 2014

II

Sklep wypełniała po brzegi irytująca typowo supermarketowa muzyczka, przerywana skrzypieniem kółek wózków i wiecznym pik! pik! pikaniem dochodzącym z kas. Dołożyłam do koszyka bochenek chleba i ruszyłam w kierunku tegoż dźwięku. Stanęłam w kolejce, w oczekiwaniu na swoją kolej rozglądałam się spokojnie w około. Jest tak dużo do obserwowania. Po lewej starsza pani, już nieco zmęczona wiekiem wyjmowała zakupy na taśmę; dalej młody chłopak stał przy półce z kaszami, ryżami i makaronami, zastanawiając się, co wybrać.
-Ruszże się!-usłyszałam gniewne słowa i poczułam laskę stojącej za mną pani na plecach.-Kasa wolna!
Jak widać nie każdy rozumie moje obserwatorskie skłonności. Posłusznie ruszyłam się i podałam produkty kasjerce. Pik! Pik! Pik! 24,60 spokojnie wyszło z mojej kieszeni, by przemierzyć dalej świat... Ciekawe, co zobaczy na swej drodze, nim zbyt już zużyte trafi do niszczarki... Szybko otrząsnęłam się z tych rozważań, by znowu nie narazić się staruszce. Jeden siniak na dzień wystarczy. Schowałam koszyk pod ladę i wyszłam ze sklepu. Owinął mnie niczym szalem chłodny, majowy wiatr. Choć tak właściwie już tylko kilka dni dzieliło nas od czerwca, pogoda nadal nie dawała za wygraną, trzymając się najwyżej 15 stopni na plusie. Zapięłam wyżej sweter. Przystanek znajdował się po prawej stronie. Może brudna, jednak z pewnością chroniąca przed wiatrem konstrukcja stała zupełnie pusta. Wydawało się to dosyć dziwne, ponieważ dochodziła trzecia. Czyżby dzisiaj wszyscy mieli nadgodziny, a dzieci dłuższe lekcje? Usiadłam na ławce, dając odpocząć zmęczonym nogom. Dziś sporo się nabiegały, takie życie. Gdyby mogły mówić pewnie by się na mnie skarżyły.
Nagle na drugim krańcu ławki ktoś usiadł. Spojrzałam na niego i zauważyłam, że był to ten sam chłopak, który przyglądał się kaszom. Uśmiechnął się, widząc mój wzrok na sobie, a ja odpowiedziałam tym samym. Ogólnie to całkiem miłe, gdy ludzie tak robią. Jakby chcieli powiedzieć "hej, nie znam cię, ale jesteś okej". Sama starałam się zawsze dawać ten przekaz w uśmiechu. Jaki świat byłby piękny, gdyby wszyscy tak chcieli.
-Na jaki numer czekasz?-usłyszałam. Spojrzałam zdziwiona na mężczyznę i rozejrzałam się wokoło- na przystanku nadal byłam tylko ja i on, czyli pytanie musiało być skierowane do mnie. Onieśmielona zamrugałam szybko i spróbowałam się ładnie uśmiechnąć.
-Chyba na sto osiem. Ale sto pięćdziesiąt sześć też może być-powiedziałam.
-To chyba miło.
-Tak?-zrozumiałam, o co mu chodziło lub też myślałam, że zrozumiałam.
-Też na te czekam- aha, czyli jednak zrozumiałam. Nie da się ukryć, że od razu poczułam się lepiej. Pokiwałam głową, uśmiechnęłam się szczerze do nieznajomego i odwróciłam głowę w drugą stronę. Minuty mijały. Nie mogłam wygonić z głowy niekomfortowej myśli o obecności chłopca, który siedział zaledwie pół metra ode mnie, a nikt jak na złość nie przychodził na przystanek. Wreszcie z ulgą zobaczyłam w oddali nadjeżdżający autobus. Wstałam, podniosłam torby i zrobiłam dwa kroki naprzód. Maszyna stanęła drzwiami tuz przed przystankiem, wlokąc za sobą tuman kurzu i spalin. Ze środka, niby wypluwani, wychodzili ludzie: niektórzy z siatkami, inni z pracy, jeszcze inni z plecakami-uczniowie. Wsiadłam do pojazdu i skasowałam bilet. Niestety tu już nie mogłam liczyć na swobodę-pomimo ilości ludzi, która wyszła, w środku nadal był tłok. Złapałam się poręczy, wzrokiem próbując znaleźć swojego "towarzysza", jednak nie zdołałam tego zrobić. Byłam przeciętnego wzrostu dziewczyną, na co dzień korzystającą raczej z adidasów niż szpilek. Nieco zawiedziona opuściłam głowę. Jeszcze 15 minut jady i będę w domu, zjem obiad, umyję się. Tylko się cieszyć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz