sobota, 30 sierpnia 2014

VI

Siedzieliśmy na ławce- ja i on. Wieczorne, letnie słońce grzało nas swymi ostatnimi promieniami, a my patrzyliśmy na siebie. W pewnej chwili wzięłam go za rękę, on popatrzył mi głęboko w oczy, a potem...
Natrętny dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu. Gwałtownie usiadłam, wzięłam do ręki zegarek i wyłączyłam natarczywy odgłos. Odetchnęłam głęboko. Przez chwilę myślałam, że to tata dzwoni z jakąś wiadomością ze szpitala czy skądkolwiek... Wstałam, przeciągnęłam się, po czym odsłoniłam okno. Wrześniowe słońce świeciło mi prosto w oczy, zmuszając mnie do zmrużenia ich.
Od czerwca minęły już 3 miesiące. W tym czasie zdążyłam 9 razy spotkać się z Mikołajem na dłużej lub krócej, znaleźć sobie krótką, sezonową robotę przy truskawkach, która trwała niespełna 2 i pół tygodnia, ale jakieś korzyści przyniosła... Wróć. Mikołaj. Sen. Boże, czemu? To mój przyjaciel, nie wydurniaj się ze mnie mózgu. Pokręciłam głową zdegustowana własną głową i ruszyłam do kuchni zrobić sobie coś smacznego na śniadanie. Położyłam telefon na blacie- co prawda od pamiętnego wieczoru nie dostałam jeszcze żadnej strasznej wiadomości o stanie zdrowia mojej mamy, ale wolałam być przygotowana na ewentualne telefony. Gdy widziałam ją wczoraj czuła się dobrze, ale to tak szybko się zmienia... Guzy narastają, tak szybko narastają.
Ukroiłam kromkę chleba, posmarowałam miodem i zjadłam nad deską do krojenia- jeden talerz mniej do mycia. Szybko ubrałam się, pomalowałam rzęsy i nim zdążyłam zastanowić się, czy nie potrzebowałabym aby jakiegoś jeszcze kosmetyku wyszłam z domu. Skierowałam swoje kroki w stronę przystanku. W nocy musiało padać, bo gdzieniegdzie były jeszcze mniejsze i większe kałuże, a powietrze pachniało w ten charakterystyczny deszczowo-poranny sposób. Ciekawe, jak to jest być tym powietrzem? Zależnie od tego, gdzie jesteś, którą cząsteczką zostałeś, masz inny zapach. Czasem milszy, czasem mniej... Czy cząsteczka wisząca nad krowim plackiem zazdrości takiej jak ta, którą właśnie wdychałam? Możliwe.
Umówiliśmy się przy "naszym" sklepie. Dziś dziesiąty raz i podobno Mikołaj ma jakiś plan. Nie wiem, poddam się losowi. Jak prosił, zostawiłam sobie wolne aż do drugiej, potem pójdę do rodziców, do mamy, zawiozę coś smacznego... Może ciastka? Na razie te kilka godzin miałam zarezerwowane dla planów mojego przyjaciela. Stałam więc przed sklepem, rozmyślając i niemal nie zauważając jego przyjścia.
-Jak to niemal mnie nie zauważyłaś? Czy jestem aż taki niski?-żartował, niby się złoszcząc. Co jak co, ale szczególnie wysoki nie był, to fakt, jednak spokojnie dało się zobaczyć jego 175 centymetrów żywego ciała. Zaśmiałam się i przekornie przytaknęłam.
-Trzeba było pić więcej mleka-stwierdziłam, na co teatralnie pokręcił głową.
-Miej szczęście, Dorotko, że cię tak lubię i że mam już dokładne plany na dziś, bo bez wyrzutów sumienia bym cię tu zostawił-oświadczył z pełną powagą.
-No to mam szczęście. Chodźmy-powiedziałam i zaczęłam iść w stronę przystanku. Nagle przystanęłam.-Właściwie dokąd chodźmy?
Mikołaj znów pokręcił głową, westchnął, po czym wziął mnie za rękę. Z jednej strony miałam ochotę mu ją jak najszybciej zabrać, a z drugiej...
-Zaprowadzę- przytaknęłam szybko i dałam się poprowadzić, nie zważając na żadne krzyki zdrowego rozsądku.
~~~
-Znowu plaża?-powiedziałam z udawanym przekąsem.-Wymyśl coś nowego.
-Plaża jest fajna i dobrze mi się kojarzy-przystanął i popatrzył n mnie.-Jak myślisz, z czym?
Potrząsnęłam głową. Skąd niby miałam wiedzieć? By dobrze poznać człowieka potrzeba lat, nie kilkunastu tygodni.
-Z tym, że kiedyś, dawno dawno temu, w magicznej krainie całej pozastawianej makaronami, kaszami i ryżami młody, niezdarny bajkopisarz wpadł swym blaszanym rydwanem w zamyśloną, delikatną postać ślicznej dziewczyny... już kilka godzin później razem podróżowali przez piaszczyste połacie, jedząc rybę z frytkami, a potem...
A potem rozdzwonił się telefon. To zły znak. Nerwowo strząsnęłam torebkę z ramienia, przez co niemal spadła. Zaczęłam szukać telefonu. Kiedy zobaczyłam na ekranie ten numer, znak nie był zwyczajnie zły, lecz przerażająco trwożny.
-Halo?-powiedziałam cienkim głosem.
-Musisz przyjechać. Tu źle, tak... mocno źle. Tu w szpitalu-usłyszałam głos mojego taty. Nie krył nawet przybicia, bo po co? Zbladłam i głośno wypuściłam z siebie powietrze, niby z balonika. W pewnym sensie czułam się nieco oklapła.
-Okej-powiedziałam w końcu i się rozłączyłam.-Muszę iść-rzuciłam do Mikołaja, już zawracając i w biegu wkładając telefon do torebki.
-Jak to? Nie nie, dziś miałaś być moja do drugiej! Nie odbiera się tajemniczo połączeń i bez żadnego powodu nie ucieka! O co chodzi?-mówił głośno i szybko. Niech sam się domyśli. Ja nie mam czasu.
-Ej! Czekaj! Powiedzże coś! Kobieto!
Idź sobie, który autobus dojeżdża do szpitala? Chyba 253.
-Dorota!
Boże, a jak nie?
-Dorota! Dokąd tak biegniesz?-mówienie (krzyczenie?) i bieganie to zła spółka. Słyszałam dyszenie Mikołaja za swoimi plecami.
Już nieważne, nadjeżdża. Matko boska, to znaczy naprawdę mieć szczęście, dokładnie to. Przyspieszyłam trochę.
-DOROTA!
Metr od przystanku odwróciłam się do chłopaka. Oparł się o śmietnik i głęboko oddychał. Patrzył się na mnie z pytaniem w oczach. Spuściłam wzrok. Trochę było mi przykro, że zostawię go tu tak, ale teraz nie miałam czasu. Szkoda, że wcześniej nie powiedziałam mu nic o mamie.
-Muszę. Miłego dnia-autobus był już bliziutko, zaraz się zatrzyma.
-To nie fair. Miałem wszystko zaplanowane, nie powinnaś tak robić. Przecież jesteśmy dla siebie ważni, nie możesz tego zrobić później?-wypominał mi z irytacją w głosie. Autobus przyjechał, a z jego środka wysypał się tłum ludzi. Nim jeszcze zdążył mnie połknąć, zdążyłam odkrzyknąć:
-Jeśli ci to nie odpowiada, to spieprzaj z mojego życia. Mi to wszystko jedno-a zaraz potem zanurkowałam w stronę drzwi, czując ciężar na sercu. Nie chciałam tego powiedzieć. Nie chciałam go tak zostawiać. Ale musiałam i kropka. Będzie mi bez niego lepiej.
Stanęłam mniej więcej w 3/4 autobusu i złapałam się drążka. Gdy machina ruszyła, spojrzałam przez tylną szybę. Mikołaj nadal stał przy tym samym śmietniku i choć nie mogłam dokładnie dojrzeć jego twarzy mogłam się założyć, że nie była szczególnie wesoła. Jak zresztą i moja.
Ale to jest nieważne. Muszę. Muszę. Muszę.
Muszę dojechać do szpitala.
Muszę zobaczyć się z mamą.
Muszę mieć nadzieję, że to nie ostatni raz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz